Caroline Janice Cherryh        Przybysz

    . Księga 1 . Rozdział 3 .    

   Od chwili, gdy personel stacji i robotnicy budowlani otrzymali pozwolenie swobodnego poruszania się po statku, na zewnętrznych korytarzach zaczęła krążyć pogłoska, że coś jest nie w porządku. Plotka rozszerzyła się na sale wypoczynkowe, gdzie personel, piloci pchaczy i mechanicy stali stłoczeni przed ekranami, na których błyskało słowo nadawane na wszystkich kanałach: UWAGA.

   - Dlaczego nic nam nie mówią? - odezwał się ktoś, naruszając dotychczasowy spokój. - Powinni nam coś powiedzieć.

    Inny technik zapytał:

   - Dlaczego nie dostajemy obrazu? Przedtem zawsze mieliśmy obraz.

   - Możemy iść do diabła - rzekł pilot pchacza. - Wszyscy możemy sobie iść do diabła. Są za dobrzy, żeby zawracać sobie nami głowę.

   - Pewnie nic się nie stało - powiedział ktoś inny i po jego słowach zapadła niezręczna cisza, ponieważ było jakoś inaczej niż zwykle.

   Wchodząc w czas rzeczywisty, statek zahamował z potężnym wstrząsem i technicy, którzy cokolwiek wiedzieli o otwartej przestrzeni, byli równie skonsternowani i zdenerwowani, jak górnicy i budowlańcy, którzy dotychczas pracowali w przestrzeni okołosolarnej i nie mieli żadnych doświadczeń z rejsów międzygwiezdnych.

   Neill Cameron też nie uważał, że wszystko jest w porządku. Nawet taki mechanik pchacza, jak on, wyczuwał różnicę między wejściem do tego i do poprzedniego układu. Przyjaciele i pary, jak on i Miyume Little, stali blisko siebie i czekali. Dłoń Miyume była zimna i nieruchoma, jego spocona.

   Być może - jak powiedział niedawno do Miyume - technicy na górze pracują nad jakimś wielkim widowiskiem z okazji przybycia do nowego domu.

   Może to po prostu zwykła procedura, bo wszystko wyłączają i zostają tutaj. Może załoga wylicza kurs wewnątrzukładowy albo ocenia miejscowe zasoby i za chwilę otrzymają polecenie zapięcia pasów, żeby "Feniks" mógł wykonać poprawki kursu? Słyszał, jak ktoś podawał takie wyjaśnienie. Miał szczerą nadzieję, że jest prawdziwe.

   Chyba że "Feniks" ma jakieś kłopoty. Kryło się to we wszystkich pytaniach... ale na panikę było jeszcze o wiele za wcześnie. Załoga statku wykonuje swoje zadania, a astronauta znający okolicę tylko jednego słońca ma przynajmniej tyle rozumu, żeby nie wymyślać kłopotów ani nie rozpuszczać plotek - czy to przez pełne nadziei kłamstwa, czy spekulacje na temat najgorszego rozwoju wydarzeń, jak wpadnięcie do studni grawitacyjnej czy wejście w przestrzeń rzeczywistą zbyt blisko samej gwiazdy, o czym i tak wszyscy musieli myśleć.

   Głupi strach. Były tu roboty i oznaczyły pozycję T 230 z największą dokładnością. Załoga "Feniksa" to doświadczeni, starannie dobrani ludzie - sam "Feniks" przez pięć lat był statkiem handlowym, zanim został skierowany do budowy stacji przy T 230, a Narody Zjednoczone nie wydawały miliardów na zdefektowany sprzęt czy załogę, która trafiłaby statkiem w gwiazdę.

   Boże, to chyba nie może być studnia grawitacyjna! To zbyt mało prawdopodobne.

   Potrafił rozłożyć na części i z powrotem złożyć pchacz i statek górniczy. Większość problemów ze statkiem wewnątrzukładowym mechanik potrafił rozwiązać dzięki trafnemu domysłowi i za pomocą śrubokrętu, ale odpowiedź na pytanie, co mogło się popsuć w napędzie gwiezdnym - co mogło zawieść w potężnych silnikach oddziałujących na nadprzestrzeń - leżała całkowicie poza jego kompetencjami i zrozumieniem.

   Błyskające słowo UWAGA nagle zniknęło z ekranów monitorów, zastąpione widokiem gwiazd. W pomieszczeniu rozległo się zbiorowe westchnienie ulgi, przytłumione pomrukiem konsternacji garstki techników, którzy stali razem pośrodku. Neill i Miyume mocniej ścisnęli się za ręce, bo personel techniczny powtarzał, że coś tu nie gra i gdzie, do diabła, jesteśmy?

   Ten biały rozbłysk wyglądał mu na gwiazdę. Może Miyume też tak uważała. Technicy jednak potrząsali głowami. A na ekranie płonęło czerwienią coś, czego nie rozumiał.

   - To nie jest G5 - odezwał się któryś z techników. - To jakaś cholerna gwiazda podwójna. - A kiedy zwykli robotnicy zaczęli pytać, co chce przez to powiedzieć, technik warknął: Nie jesteśmy tam, gdzie mieliśmy być, ty głupi ośle!

   O czym oni mówią? - zapytał w duchu Neill. To, co słyszał, nie ma sensu, a Miyume wyglądała na przestraszoną. Technicy mówili, żeby zachować spokój i nie powtarzać pogłosek, ale przekrzykiwał ich ten, który twierdził, że coś jest nie tak.

   - Nie jesteśmy przy żadnej G5!

    - To gdzie jesteśmy? - zapytała milcząca dotąd Miyume. Pytała jego albo kogokolwiek, a Neill nie wiedział, co jej odpowiedzieć. Nie rozumiał, w jaki sposób mogli minąć T 230 - bo przecież dotarli do jakiejś gwiazdy... Z tego, co wiedział, co mu wpojono w szkole, statki po prostu leciały w założonym kierunku, to było podstawowe prawo fizyki, prawda? Ustalało się kurs, wytwarzało się pole i leciało, a jeśli miało się wystarczającą ilość paliwa, docierało się na miejsce.

   A tymczasem przez jego ukierunkowany technicznie umysł przebiegały myśli: Czy mogliśmy przeskoczyć naszą gwiazdę? Jak daleko mogliśmy polecieć przy tej ilości paliwa?

   - Mówi kapitan LaFarge...

   To był ogólny komunikat i ludzie gwałtownie zaczęli się nawzajem uciszać.

   - ...pechowe okoliczności - Neill dosłyszał tylko tyle, a rozpaczliwie chciał usłyszeć, co kapitan ma do powiedzenia. Paznokcie Miyume wbijały mu się głęboko w dłoń. Wszyscy znów mówili i Miyume na całe gardło krzyknęła: - Zamknijcie się! - Zawtórowali jej inni.

    - ...problem w ustaleniu pozycji - dobiegło następne wyraźne sformułowanie - który nie stwarza bezpośredniego zagrożenia dla statku...

   - To błękitno - biała gwiazda! - krzyknął któryś z techników. - Co to według niego jest?

   Ktoś durnia uciszył. Inni uciszali tych, którzy chcieli o coś zapytać.

   - ...proszę wszystkich o wykonywanie zwykłych obowiązków - mówił LaFarge - oraz o udzielenie pomocy personelowi technicznemu w czasie, kiedy my spróbujemy ustalić naszą pozycję. Poszukamy w tym układzie surowców do uzupełnienia paliwa. Jesteśmy bardzo dobrze przygotowani na taką sytuację. To wszystko. Proszę zachować spokój.

   "Ustalić pozycję" - to brzmiało pocieszająco. "Uzupełnienie paliwa" przynosiło jeszcze większą nadzieję. "Dobrze przygotowani na taką sytuację" brzmiało, jakby załoga miała już jakiś plan. Neill kurczowo się tego trzymał, podczas gdy jakaś część podświadomości podsuwała mu myśli: "To nie mogło się nam przytrafić... Nic złego nie mogło się stać z tym statkiem, podjęto na to za dużo środków ostrożności, wszystko było sprawdzone... ".

   Zostali przebadani, przetestowano ich umiejętności; żeby choćby zbliżyć się do tej pracy, musieli mieć sterty rekomendacji. Statkiem mającym na pokładzie cały cholerny program kolonialny Ziemi nie wysyłało się nieudaczników, a przy tak ważnej misji nie zdarzały się katastrofy. Zbyt długo była planowana. Podjęto zbyt wiele środków ostrożności. Wszystko szło tak dobrze.

    - "Ustalić pozycję" - odezwał się jakiś technik. - Nie podoba mi się to "ustalić pozycję". Czy mówimy o wpadaniu w studnię grawitacyjną?

   - Nie - odparł starszy technik. - O tym, gdzie jesteśmy. Najwyraźniej nie tam, gdzie powinniśmy być.

   - Uzupełnić paliwo, akurat - wtrącił jakiś inny technik. Na zewnątrz wszystko zalewa promieniowanie.

   Neill zdał sobie sprawę z sytuacji i czując, jak nagle ogarniają go mdłości, pomyślał, że pchacze nie mają wystarczających osłon do pracy w takich warunkach. Już promieniowanie Jowisza było niebezpieczne. A to... to podwójne słońce, którego blask powodował zakłócenia pracy kamer...

   Piloci - górnicy tego nie przeżyją. A w każdym razie nie przeżyją długotrwałej operacji. Górnicy nie mogli tu pracować, nie ponosząc nieuniknionych tego kosztów - jeśliby przeciągać czas pracy, wskaźniki napromieniowania kiedyś wreszcie ściemnieją. Pchacze wyposażone były w osłony dostosowane do otoczenia, w którym miały przebywać, a ich otoczeniem u celu podróży miała być łagodna, przyjazna G5.

   Nie powiedział tego. Miyume wyglądała na przestraszoną. On pewnie też. Liczby zaczęły się dodawać - tak mówili piloci, kiedy sprawy przybierały zły obrót - firma mogła kłamać, a wynajęty przez nią kapitan mógł odmówić udzielenia odpowiedzi, lecz bez względu na okoliczności cyfry nigdy człowieka nie oszukają.

   Zsumowały się i wynik dodawania w żaden sposób nie mógł się zmienić. Pobożne życzenia się nie liczyły.

następny